Kryzys jeździecki

Kryzys jeździecki

Każdy jeździec prędzej czy później spotyka się na swojej drodze nie tylko z ziemią, ale i z „kryzysem”. Ze swojego doświadczenia i obserwacji wiem, że przyczyny tzw. kryzysu jeździeckiego są różne. Różne są też sposoby do wrócenia w siodło czy przełamania w sobie konkretnych lęków.

W tym wpisie postaram się przybliżyć nie tyle czym jest sam kryzys jeździecki, ale co może go spowodować.

Czym jest tzw. kryzys jeździecki?

Czy wiemy czym jest kryzys? W rozumieniu psychologicznym, kryzys emocjonalny to sytuacja, w której straciliśmy równowagę emocjonalną na skutek jakiś trudnych wydarzeń lub załamania naszych poglądów. 

Mówiąc o kryzysie jeździeckim nie mamy zazwyczaj na myśli silnego kryzysu (jak np. w przypadku śmierci bliskiej osoby), a mimo wszystko potrafi on zauważalnie obniżyć nam nastrój, motywacje czy ogólne samopoczucie. Prawda?

Prawda, ale nie do końca. Dużo silniejszy kryzys jeździecki dopadnie te osoby, które bardzo przeżyły np. nieszczęśliwy upadek z konia (tzw. wydarzenie traumatyczne) i mówimy wtedy o kryzysie sytuacyjnym.

Co ciekawe, kryzys może być też odpowiedzią na pozytywne wydarzenia, np. kupno pierwszego konia (kto nie doświadczył chwilowego chaosu świeżo upieczonego właściciela konia, po czym… bezradności?). Tak, wtedy też mamy do czynienia z lekkim kryzysem jeździeckim i potrafi być on bardzo dołujący.

Głowa do góry! Kryzys – jaki by nie był – jest naturalnym zjawiskiem w naszym życiu. Często potrafi być też bodźcem motywacyjnym do rozwoju – zwłaszcza w przypadku jeździectwa 🙂

Przyczyny kryzysu jeździeckiego

Przyczyn kryzysu jeździeckiego jest bardzo wiele i w dodatku dużo zależy od konkretnej osoby – każdy z nas ma inną wrażliwość oraz w inny sposób radzi sobie ze stresem. 

Jeśli jesteśmy osobą bardzo wrażliwą to tzw. „loża szyderców” w stajni już może wystarczyć, by zacząć myśleć o rezygnacji z tego sportu. Dla kogoś innego początkiem kryzysu będzie np. kolejna kontuzja konia, pierwszy upadek, niezbyt udane zawody, niezdana BOJ czy mocniejsze: utrata kopytnego przyjaciela czy poważny wypadek w terenie.

Może być naprawdę różnie, bo życie codzienne też nie jest pozbawione stresu. Dodatkowe stresy związane z koniem, treningiem, zawodami itd. potrafią skutecznie spowodować ogólną „niechęć” do tej aktywności i spadek motywacji (a o motywacji konkretniej w innym wpisie, ważna sprawa).

Najczęstsze bodźce

Obserwując bacznie środowisko jeździeckie, znajomych i grupy internetowe przez ostatnie kilka lat można wytypować takie główne „bodźce”. Utworzyłam listę tych, które najczęściej obserwuję.

Zdanie sobie sprawy z tego co jest czynnikiem naszego kryzysu jeździeckiego pomoże nam skuteczniej wyjść z dołka. Są sytuacje oczywiste jak np. upadek z konia, ale też nieoczywiste jak np. toksyczne środowisko.

  • Loża szyderców” to niestety częste zjawisko w Internecie, jak i w życiu realnym. Gdybym miała podać definicję takiej loży: grupa osób, które w sposób przytłaczający z „zadzieraniem nosa” udzielają uwag wszelakich do tego co robimy z koniem/w stajni/na treningu. Niestety w przypadku takiej „loży” najlepiej dla nas zmienić środowisko/grupę lub po prostu zignorować taka grupkę (jak nie ma opcji zmiany np. pensjonatu). Zaznaczę: nie chodzi mi o normalnie udzieloną radę, popartą wiedzą czy doświadczeniem, a o pewną manierę grupek podśmiechiwania się/zadzierania nosa, którą się spotyka i jest ona często wymierzona do konkretnej osoby/osób – toksyczne środowisko. Osobiście bardzo lubię obserwować innych na treningach, ale staram się wynieść z tego coś dla siebie, np. ćwicząc oko zwłaszcza jak obok jest trener i mogę słuchać uwag, widzieć korekty. A nóż dowiem się czegoś ciekawego, podpytam, a jeśli miałam taki lub podobny problem to mogę zasugerować co mi pomogło w rozwiązaniu go. Mam dwa przykłady z jakimi się spotkałam (w formie „na żywo”, jak i w Internecie):
    • Przykład 1: Ktoś uczy się jeździć od 4 miesięcy, jest na etapie samodzielnego galopu i szlifuje jeszcze podstawy pod okiem instruktora. „Loża szyderców” wytknie tej osobie błędy, które na tym etapie są normalnie – i zrobi to w sposób wbijający szpilkę, przykry i zupełnie niepomocny. 
    • Przykład 2: Ktoś ma swojego konia, solidne umiejętności na poziomie BOJ-SOJ do których dochodzi pracą z „tanim” koniem. Stara się rozwijać i jeździ na szkolenia, ale na tle „grupki” jest z boku, bo nie stać tej osoby na nowe kolekcje w sklepach – takie zjawisko określam jako „loża elitarna”.

  • Upadek z konia to bardzo częsty bloker i powód do kryzysu jeździeckiego. Zwłaszcza w przypadku osób młodych lub po poważniejszym wypadku (np. z utratą przytomności, złamaniem). W takim wypadku bardzo ważny jest czas jaki sobie damy i sposób w jaki wrócimy w siodło czy ponownie spróbujemy danego elementu (np. skoki czy dodanie w galopie w terenie). Z mojej strony pomagało wsiadanie na inne konie lub wykonywanie ćwiczeń w których czułam się pewnie. Kluczowe było stopniowe zwiększanie sobie trudności przez kilka treningów – bywam dla siebie bardzo wymagająca, więc tutaj wyczucie trenera bardzo pomaga. Ważne by zakończyć „pozytywnie” trening – „Zakończ czymś pozytywnym, nie forsuj na fali szczęścia„. O tym kiedyś więcej napiszę, bo tutaj mam solidny bagaż własnego doświadczenia.

  • Brak perspektywy rozwoju. Coś co skutecznie demotywuje wiele osób, zwłaszcza jeśli mają konia „pod domem” i brak trenera. Ciężko mi tutaj coś poradzić, poza propozycją wyjazdów treningowych czy na interesujące nas szkolenia. Czasami też mając konia „pod nosem” możemy czuć po prostu przesyt tym – zwłaszcza jeśli np. pracujemy 8h, remontujemy dom i jeszcze nam dziecko płacze obok (a w wersji dla młodzieży: szkoła 8h, nauka na sprawdziany/egzaminy, a jeszcze nasza sympatia strzela fochy nie wiadomo o co). Mnie pomaga oglądanie filmików z zawodów na wyższym poziomie i stopniowo łapię takie „Chcę wrócić…”.

  • Brak czasu. Bolączka naszych czasów. Bardzo częstym blokerem jest to ile czasu nam brakuje codziennie żeby zrobić wszystko co chcemy. Niestety nie zawsze da się tutaj coś zrobić i czasami warto po prostu poczekać – mnie przez ~2 lata skutecznie blokowała praca i studia, więc na Darganie jeździł głównie Trener i dzierżawczyni. A ja wsiadałam od wielkiego dzwonu i jechałam się wyluzować w lesie od tego natłoku życia codziennego – czasami taki czas jeździeckiego chill out’u też jest ważny.

  • Strach: po upadku, przed pierwszym galopem, przed pierwszym skokiem. Dość oczywisty bodziec, który może skutecznie nas zablokować i spowodować, że wpadniemy w wir kryzysu. Strach ma wielką moc – tutaj kluczowa jest obecność dobrego trenera/instruktora. Natomiast jeśli mamy za sobą traumatyczny upadek/wypadek to warto rozważyć psychoterapię (polecam, to żaden wstyd) i „przerobienie” tego tematu.

  • Brak własnego konia. Wiele osób widzi w tym ogromny bloker często nakładający się na brak rozwoju jeździeckiego. Jak miałam 16 lat to też mnie dopadło – w tamtych czasach w mojej sytuacji miałam moment, gdzie postanowiłam dać sobie czas zamiast zmuszać się. Pół roku przerwy wyszło mi na dobre, w efekcie zwiększyła się moja biblioteczka i świadomość jeździecka – nie wsiadałam, ale to nie znaczy, że przestałam się zupełnie interesować tematem. Tego typu kryzysy warto przeczekać i ew. przekuć ten czas w teorię.

  • Własny koń. Kupno własnego konia to euforia, ale po pewnym czasie wiele osób ma taką ścianę „Co ja mam robić?”. Przytłacza wybór sprzętu, dopasowanie siodła do konia (mnie zmiana siodła zawsze wprawia w chwilowe „załamanie” jeździeckie – fajnie, że koń się rozbudował, ale no… niech los będzie łaskawy i ześle jakieś fajne siodełko jak najszybciej). Zaczyna się też często zmiana podejścia i „niunianie” własnego konia – a młodzież końska to skutecznie wykorzystuje i potrafi skutecznie rozmyć granice nawet całkiem dobremu jeźdźcowi. W końcu kto nie ustępuje na początku swojemu „spełnionemu marzeniu”? I w ten sposób możemy bardzo łatwo po kupnie konia wpaść w jeździecki kryzys końsko-sprzętowy.
    Moja rada? Zaufani ludzie obok i konkretna lista rzeczy do zrobienia/przeczytania – chaos w myśleniu i działaniu tylko będzie utrudniać wyjście z tego „dołka”.

  • Kontuzja czy choroba nasza/konia. Chyba najbardziej przykry scenariusz i oczywisty bodziec do kryzysu jeździeckiego. Nie ma tutaj złotych rad, bo przypadki i losy są bardzo różne. Natomiast mogę Wam napisać, że życzę koniom i ich opiekunom/jeźdźcom/luzakom dużo zdrowia i braku kontuzji.

Takim akcentem zakończę ten wpis 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.